niedziela, 9 grudnia 2012

Pocztówka z Bostonu

I. Ciężko jest być bogiem w dantejskim piekle


       Malachitowy trunek lał się po zdobionych ściankach kieliszków. Saksofonowa melodia igrała z dźwiękiem skrzypiec, wytyczając skoczny, radosny rytm. Powietrze niosło ciężką woń ambrowych perfum i papierosów. Obcasy lakierków rysowały w tańcu panelową podłogę, na którą upadały cekiny, sztuczne cyrkonie, piórka z damskich kreacji. Niekończące się salwy śmiechu, śpiewy, piski i okrzyki zabawy wprawiały w drżenie kryształowe żyrandole zawieszone pod sufitem. Odgłos rozbijanego szkła czy łamanych krzeseł nie robił na nikim wrażenia i nie przerywał nieokiełznanego szaleństwa.  
        Nagle w progu jednej z dwóch sal bawialnych stanęło czworo niezaproszonych gości: trzej mężczyźni oraz starsza kobieta. Podręcznikowa dama. Lśniące, śnieżnobiałe włosy upięte w wysoki kok odsłaniały jej długą, dumnie wyprostowaną, choć pokrytą zmarszczkami szyję otoczoną przez misternie haftowany kołnierzyk. Odnosiło się wrażenie, że chude ramiona z trudem dźwigają ciężar bufiastych rękawów sukienki. Sznury pereł wiły się wokół jej nadgarstków, korespondując z  maleńkimi perełkami w uszach. Zadarty podbródek, zmrużone oczy, napięta postura – wszystko to czyniło ją z pozoru hardą, pewną siebie panią z dostojeństwa. I nie tylko z pozoru. Miała ze sobą eskortę dżentelmenów odzianych w garnitury. Od dwóch z nich biło chłodem i ceremonialnością. Stali sztywno niczym posągi, a ich pokerowe twarze nie drgnęły ni przez sekundę. Trzeci mężczyzna różnił się od pozostałych. Był nieco niższy, bardziej przy kości. Sprawiał wrażenie opanowanego, lecz nie pysznego. Wyglądał raczej na podwładnego niż na władcę. Pocierał pulchny podbródek w geście zaintrygowania. Wygląd tej czwórki nie wskazywał, aby mieli ochotę oddać się dzikim rozrywkom w towarzystwie blisko stu osób wątpliwej rangi społecznej i pochodzenia. Wodzili wzrokiem po zataczających się, rozweselonych kobietach i mężczyznach. Średnia wieku w tym pomieszczeniu z pewnością nie przekraczała trzydziestu pięciu lat, nie licząc czarnoskórego saksofonisty z posiwiałą czupryną. Ten z pewnością miał na karku sześćdziesiątkę, jednak zaskakująco dobrze odnajdywał się wśród młodzieniaszków kotłujących się przed nim na parkiecie.
       - Co za wywłoka – syknęła siwa dama, rozglądając się po sali.
Niski mężczyzna spojrzał na nią, jakby zaskoczony. Jak takie obelżywe, grubiańskie zwroty mogą mieścić się w tych wąskich ustach stworzonych do subtelnego krytykowania, prawienia uwag i wygłaszania pompatycznych toastów?
  - Spokojnie, matko – odezwał się jeden z ponurych mężczyzn. – Ta sodoma zaraz się skończy. Zostaw to mnie, wy tymczasem znajdźcie Ruby.
Dziarskim krokiem wbił się w rozbestwiony tłum i zniknął w gąszczu tytoniowych oparów, wirujących sukienek, potarganych czupryn.
Niziołek odchrząknął.
  - Czy aby na pewno dobrze zrozumiałem, że rezydencja, w której się na tę chwilę znajdujemy jest państwa pełnoprawną własnością, pani Lauglin?
Kobieta ukarała go za to pytanie zabójczym spojrzeniem.
  - Cóż to za insynuacje, panie Foster? Naturalnie, to nasz dom. Nasza ziemia, nasza własność…– Oburzony i oschły ton ni stąd, ni zowąd spotulniał. Pani Lauglin ciężko westchnęła. – Swoją drogą, należą się panu przeprosiny za to, co tutaj zastał. Okrutny wstyd dla naszej rodziny! Nie chciałabym, aby te burdelowe sceny utrwaliły w pana umyśle fałszywe wyobrażenia o Lauglinach. Nam również przysługują przeprosiny za tę zniewagę. Wyegzekwujemy je! – Mówiła jak apodyktyczny generał. Domyślił się, że ostatnie słowa dotyczą konkretnej osoby - niejakiej Ruby. -  Zapewniam, że innym razem zostałby pan powitany zupełnie inaczej. W normalnych okolicznościach…
  - Rzadko odwiedzam posiadłości jak ta w normalnych okolicznościach. Moje wizyty zawsze są nieprzyjemną koniecznością - przerwał jej Foster. – Kim jest wspomniana przez pana Arnolda Ruby?
  - Teoretycznie nikim – ucięła.
 - Praktycznie jest to natomiast starsza z sióstr Neal – wtrącił drugi mężczyzna. – Jak mniemam, sprawczyni tego zamieszania.
  - Pańska szwagierka? – spytał czysto retorycznie Foster. Jego lewa brew powędrowała ku górze w oznace zaciekawienia.
W tle muzyka ucichła. Chichoty i wrzaski przerodziły się w jęk oburzenia. Kilku mężczyzn zaczęło rzucać przekleństwami i zakasać rękawy do bójki.
        - Co się dzieje? Henry? Chase? Dlaczego nie gracie? – Ze szczytu schodów dobiegł miękki, damski głos, wabiący wszystkie oczy.
Jego właścicielką była długonoga blondynka w przykrótkiej, połyskującej sukience z wyciętymi plecami. Schodziła po stopniach powoli, na niebotycznie wysokich obcasach, sunąc upierścieniowaną dłonią po balustradzie. Posyłała przy tym zalotne spojrzenia i uśmiechy do zdezorientowanych gości.
  - Polejcie! Nie krępujcie się. Tańce za chwilę zostaną wznowione. Wygląda na to, że nasze gwiazdy potrzebowały odrobiny wytchnienia – zapewniała, przedzierając się do podwyższenia przeznaczonego dla muzyków.
Co chwila jakaś męska dłoń łapała ją za nadgarstki albo ramiona, próbowała przyciągnąć do siebie.
 - Ruby, obiecałaś mi ten taniec… Ruby, pięknie wyglądasz w tej sukience, a jeszcze piękniej wyglądałabyś bez niej… Kochanie, wznieśmy toast za cudowne życie… Gdzie byłaś cały wieczór? Tęskniliśmy, słodka!
Dziewczyna odpowiadała na zaczepki jedynie pustym chichotem i sprytnie wywijała się z niechcianych objęć. Jeden z amantów okazał się jednak niebywale nachalny. Ścisnął jej dłoń tak mocno, że omal nie przerwał zawieszki zapiętej u bransoletki. Gdy próbowała się wyplątać, uścisk zacieśniał się. Mężczyzna ciągnął ją ku sobie wyjątkowo zaciekle i gwałtownie.
  - Co do cholery! – wrzasnęła, odwracając głowę.
        Jej twarz momentalnie przybrała odcień gipsu. Nogi ugięły się i zachwiały. Potrzebowała podpory, by nie upaść na podłogę.
 - A-arnold – wyjąkała półgłosem.
 - Nie waż się  mdleć. To nie jest dobra chwila na wodewilowe sztuczki – powiedział.
Nie wiadomo kiedy tuż za Arnoldem wyrosła nieduża, szeroka postać.
 - Kim jest ten facet? – zapytała Ruby.
 - Panienka pozwoli, że się przedstawię. Radley Foster, prywatny detektyw, emerytowany policjant. Chciałbym z panią zamienić kilka, w porywach kilkaset słów.
 - W jakiej sprawie? Wypraszam sobie wszelkie zarzuty. Nic nie zrobiłam!
Twarz Fostera przyozdobił szelmowski uśmiech.
 - O tym ostatnim przekonamy się w najbliższym czasie.
 - O czym pan, do diabła, mówi?!
 - O zabójstwie Velmy Lauglin.
Dziewczyna bezwładnie osunęła się pod stopy zgromadzonych osób.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz