I. Ciężko jest być bogiem w dantejskim piekle
Malachitowy
trunek lał się po zdobionych ściankach kieliszków. Saksofonowa melodia igrała z dźwiękiem skrzypiec, wytyczając skoczny, radosny rytm. Powietrze niosło ciężką
woń ambrowych perfum i papierosów. Obcasy lakierków rysowały w tańcu panelową
podłogę, na którą upadały cekiny, sztuczne cyrkonie, piórka z damskich kreacji.
Niekończące się salwy śmiechu, śpiewy, piski i okrzyki zabawy wprawiały w
drżenie kryształowe żyrandole zawieszone pod sufitem. Odgłos rozbijanego szkła
czy łamanych krzeseł nie robił na nikim wrażenia i nie przerywał
nieokiełznanego szaleństwa.
Nagle w progu
jednej z dwóch sal bawialnych stanęło czworo niezaproszonych gości: trzej
mężczyźni oraz starsza kobieta. Podręcznikowa dama. Lśniące, śnieżnobiałe włosy
upięte w wysoki kok odsłaniały jej długą, dumnie wyprostowaną, choć pokrytą
zmarszczkami szyję otoczoną przez misternie haftowany kołnierzyk. Odnosiło się
wrażenie, że chude ramiona z trudem dźwigają ciężar bufiastych rękawów
sukienki. Sznury pereł wiły się wokół jej nadgarstków, korespondując z maleńkimi perełkami w uszach. Zadarty
podbródek, zmrużone oczy, napięta postura – wszystko to czyniło ją z pozoru
hardą, pewną siebie panią z dostojeństwa. I nie tylko z pozoru. Miała ze sobą
eskortę dżentelmenów odzianych w garnitury. Od dwóch z nich biło chłodem i
ceremonialnością. Stali sztywno niczym posągi, a ich pokerowe twarze nie
drgnęły ni przez sekundę. Trzeci mężczyzna różnił się od pozostałych. Był nieco
niższy, bardziej przy kości. Sprawiał wrażenie opanowanego, lecz nie pysznego.
Wyglądał raczej na podwładnego niż na władcę. Pocierał pulchny podbródek w
geście zaintrygowania. Wygląd tej czwórki nie wskazywał, aby mieli ochotę oddać
się dzikim rozrywkom w towarzystwie blisko stu osób wątpliwej rangi społecznej
i pochodzenia. Wodzili wzrokiem po zataczających się, rozweselonych kobietach i
mężczyznach. Średnia wieku w tym pomieszczeniu z pewnością nie przekraczała
trzydziestu pięciu lat, nie licząc czarnoskórego saksofonisty z posiwiałą
czupryną. Ten z pewnością miał na karku sześćdziesiątkę, jednak zaskakująco
dobrze odnajdywał się wśród młodzieniaszków kotłujących się przed nim na
parkiecie.
- Co za wywłoka
– syknęła siwa dama, rozglądając się po sali.
Niski mężczyzna spojrzał na nią, jakby zaskoczony. Jak takie
obelżywe, grubiańskie zwroty mogą mieścić się w tych wąskich ustach stworzonych do
subtelnego krytykowania, prawienia uwag i wygłaszania pompatycznych toastów?
- Spokojnie, matko –
odezwał się jeden z ponurych mężczyzn. – Ta sodoma zaraz się skończy. Zostaw to
mnie, wy tymczasem znajdźcie Ruby.
Dziarskim krokiem wbił się w rozbestwiony tłum i zniknął w
gąszczu tytoniowych oparów, wirujących sukienek, potarganych czupryn.
Niziołek odchrząknął.
- Czy aby na pewno
dobrze zrozumiałem, że rezydencja, w której się na tę chwilę znajdujemy jest
państwa pełnoprawną własnością, pani Lauglin?
Kobieta ukarała go za to pytanie zabójczym spojrzeniem.
- Cóż to za
insynuacje, panie Foster? Naturalnie, to nasz dom. Nasza ziemia, nasza
własność…– Oburzony i oschły ton ni stąd, ni zowąd spotulniał. Pani Lauglin
ciężko westchnęła. – Swoją drogą, należą się panu przeprosiny za to, co tutaj
zastał. Okrutny wstyd dla naszej rodziny! Nie chciałabym, aby te burdelowe
sceny utrwaliły w pana umyśle fałszywe wyobrażenia o Lauglinach. Nam również
przysługują przeprosiny za tę zniewagę. Wyegzekwujemy je! – Mówiła jak apodyktyczny generał. Domyślił się, że ostatnie słowa dotyczą konkretnej osoby - niejakiej Ruby. - Zapewniam, że innym razem zostałby pan
powitany zupełnie inaczej. W normalnych okolicznościach…
- Rzadko odwiedzam posiadłości jak ta w normalnych okolicznościach.
Moje wizyty zawsze są nieprzyjemną koniecznością - przerwał jej Foster. – Kim
jest wspomniana przez pana Arnolda Ruby?
- Teoretycznie nikim
– ucięła.
- Praktycznie jest
to natomiast starsza z sióstr Neal – wtrącił drugi mężczyzna. – Jak mniemam, sprawczyni
tego zamieszania.
- Pańska szwagierka?
– spytał czysto retorycznie Foster. Jego lewa brew powędrowała ku górze w
oznace zaciekawienia.
W tle muzyka ucichła. Chichoty i wrzaski przerodziły się w
jęk oburzenia. Kilku mężczyzn zaczęło rzucać przekleństwami i zakasać rękawy do
bójki.
- Co się dzieje?
Henry? Chase? Dlaczego nie gracie? – Ze szczytu schodów dobiegł miękki, damski
głos, wabiący wszystkie oczy.
Jego właścicielką była długonoga blondynka w przykrótkiej,
połyskującej sukience z wyciętymi plecami. Schodziła po stopniach powoli, na
niebotycznie wysokich obcasach, sunąc upierścieniowaną dłonią po balustradzie.
Posyłała przy tym zalotne spojrzenia i uśmiechy do zdezorientowanych gości.
- Polejcie! Nie
krępujcie się. Tańce za chwilę zostaną wznowione. Wygląda na to, że nasze
gwiazdy potrzebowały odrobiny wytchnienia – zapewniała, przedzierając się do
podwyższenia przeznaczonego dla muzyków.
Co chwila jakaś męska dłoń łapała ją za nadgarstki albo
ramiona, próbowała przyciągnąć do siebie.
- Ruby, obiecałaś mi
ten taniec… Ruby, pięknie wyglądasz w tej sukience, a jeszcze piękniej
wyglądałabyś bez niej… Kochanie, wznieśmy toast za cudowne życie… Gdzie byłaś
cały wieczór? Tęskniliśmy, słodka!
Dziewczyna odpowiadała na zaczepki jedynie pustym chichotem
i sprytnie wywijała się z niechcianych objęć. Jeden z amantów okazał się jednak
niebywale nachalny. Ścisnął jej dłoń tak mocno, że omal nie przerwał zawieszki
zapiętej u bransoletki. Gdy próbowała się wyplątać, uścisk zacieśniał się.
Mężczyzna ciągnął ją ku sobie wyjątkowo zaciekle i gwałtownie.
- Co do cholery! –
wrzasnęła, odwracając głowę.
Jej twarz
momentalnie przybrała odcień gipsu. Nogi ugięły się i zachwiały. Potrzebowała
podpory, by nie upaść na podłogę.
- A-arnold – wyjąkała
półgłosem.
- Nie waż się mdleć. To nie jest dobra chwila na wodewilowe
sztuczki – powiedział.
Nie wiadomo kiedy tuż za Arnoldem wyrosła nieduża, szeroka
postać.
- Kim jest ten facet?
– zapytała Ruby.
- Panienka pozwoli,
że się przedstawię. Radley Foster, prywatny detektyw, emerytowany policjant.
Chciałbym z panią zamienić kilka, w porywach kilkaset słów.
- W jakiej sprawie? Wypraszam
sobie wszelkie zarzuty. Nic nie zrobiłam!
Twarz Fostera przyozdobił szelmowski uśmiech.
- O tym ostatnim
przekonamy się w najbliższym czasie.
- O czym pan, do
diabła, mówi?!
- O zabójstwie Velmy
Lauglin.
Dziewczyna bezwładnie osunęła się pod stopy zgromadzonych
osób.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz