II. Zdarzyło się dziś, co wczoraj zaplanowane było na jutro
Pani Lauglin krążyła po salonie, dotykając opuszkami palców wszystkiego, co namacalne. Otwierała szafki, zaglądała do szuflad. Obrzucała badawczym spojrzeniem każdy regał, schowek i blat. Była w tym bardzo skrupulatna. Przemawiał przez nią nieodgadniony spokój. Spokój, w którym było coś przerażającego. Foster obserwował ją z wielką uwagą. Zastanawiał się, czy odkryła, że coś zginęło. Był przekonany, że nawet, gdyby zauważyła jakiś ubytek, nie dałaby tego po sobie poznać. W życiu nie spotkał równie wyrachowanej kobiety. Perfekcja i tylko perfekcja! Nawet za cenę oszukańczej iluzji!
„Wszystko pod kontrolą – tak zapewne brzmi jej życiowe motto” – przemknęło detektywowi przez myśl.
Nie widział innego usprawiedliwienia dla dziwnej reakcji, a raczej braku reakcji staruszki na bomblerkę trwającą za ścianą zaledwie godzinę temu. Na jej miejscu nie byłby zdegustowany ani oburzony. Byłby rozjuszony niczym pies myśliwego, który wróciwszy z polowania zastaje spasione pudle w kokardkach, figlujące nad jego miską. Tak, to była trafna metafora.
Lauglinowie wyjeżdżają na kilka dni. Wracają i wkraczają w sam środek danse macabre bezwstydników, odbywający się w ich bawialni. Nie mieli pojęcia, co się tu wyprawia pod ich nieobecność. Pani domu na ten widok rzuca kilka wyzwisk. Nic poza tym. Nie mdleje, nie podnosi wrzasku, nie dzwoni na policję.
„Stała i wodziła wzrokiem po nieznajomych twarzach hulaków, tak jak teraz wodzi po krzesłach i szafkach” – ciągnął myśl.
Przez moment chciał wytłumaczyć zachowanie kobiety szokiem spowodowanym wiadomością o Velmie. Zaniechał jednak tego pomysłu. Nie wydawało mu się, aby śmierć dziewczyny była dla niej niespodzianką. A już na pewno nie przykrą niespodzianką…
Foster bez uprzedzenia opadł na potężny, obity brązową skórą fotel.
- Ależ proszę siadać. Niech się pan nie krępuje – powiedziała pani Lauglin. Zabrzmiało to bardziej jak zarzut, a nie przyzwolenie.
Detektyw uśmiechnął się zmieszany. Przetarł zimną dłonią twarz, irracjonalnie chcąc ją ostudzić i ukryć rumieniec wstydu. Czego właściwie miał się wstydzić? Owszem, nie przywykł do wypominania mu niestosowności i złych manier. Z domu trzymanego w ryzach przez ojca-dyplomatę i prowadzonego przez matkę-przewodniczącą koła wzorowych gospodyń wyniósł najwyższą kulturę. Z drugiej strony – dwie dekady w służbie prawa nauczyły go, że są sytuacje, w których człowiek powinien darować sobie teatralne uprzejmości. Zabójstwo synowej zdecydowanie zasilało to grono. Nie były to okoliczności sprzyjające przestrzeganiu savoir-vivre.
„Staruszka mogła za nią nie przepadać. Ba! Żarły się jak głodne koty. Dźgały widłami – Azazel i Belzebub. Ale żeby jej to w ogóle nie obeszło? Żeby przyjęła to bez najmniejszej namiętności? Żeby miała umysł na tyle znieczulony, aby jak gdyby nigdy nic poświęcać całą uwagę kuriozalnym błahostkom? Nie siliła się nawet na udawanie zaskoczenia. Intrygujący charakter…” – myślał.
Od początku ich znajomości, czyli od spotkania na dworcu Cambridge, miała wciąż ten sam przerysowany wyraz twarzy. Sprawiała prawidłowe wrażenie apodyktycznej perfekcjonistki skupionej na szczegółach, obojętnej i pełnej pogardy względem wszystkiego, czego sama nie dokonała… lub co nie mogło się równać z tym, czego dokonała. Zapewne taki właśnie miała stosunek do zmarłej Velmy. Patrzyła na nią z góry, darzyła głęboką niechęcią. Nie cieszył ją wybór syna, zwróciła się przeciwko jego małżeństwu. Uważała, że Richard splamił honor rodziny. Właśnie…
Hańba – to było to, co spędzało Reginie Lauglin sen z powiek, odbierało apetyt i podsycało całą niecność, jaką mogło pomieścić to mizerne, siedemdziesięcioletnie ciałko. Bała się hańby. Z łatwością przychodziło jej nienawidzić każdego, kto – nawet nieumyślnie – podważył czcigodność familii Lauglinów. Jakże więc musiała nie cierpieć tej blond prowokatorki – Ruby Neal. Dziewczyna miała na sumieniu niejeden grzech, lecz ten należał do wyjątkowo ciężkich. Urządzić libację w bawialni wartej tuzin mercedesów. Sprosić do willi, będącej własnością jednej z najbardziej poważanych rodzin, setkę czartów z rozwiązłego światka wodewilu. Pić absynt z kryształowych kieliszków, sadowić moczygęby na atłasowych siedzeniach, a wszetecznicom pozwalać przeglądać się w lustrach oprawionych w złote ramy. Tak, za to można było spalić się w piekle! Tym bardziej, że do całego ekscesu doszło na oczach przodków pani Lauglin. Spoglądali surowo z obrazów zawieszonych na ścianach, mierząc wzrokiem obcych pomyleńców panoszących się po ich domu.
To, że starsza pani nie okazywała, iż była rozsierdzona, nie znaczyło, że taka nie była. Gdyby miała możliwość, może nawet pozbyłaby się Ruby? Rzecz w tym, że panna Neal nadal żyła, a jej równie niewygodna siostra – nie.
Foster poprawił się na siedzeniu.
- Pani Lauglin, czy zanim zjawią się tu wszyscy, mogę zadać pani kilka pytań?
- Pytanie to pańska praca – odpowiedziała. – Nie będę jej utrudniać, jednak zapewniam, że nie usłyszy pan ode mnie nic nowego. Jak powiedziałam: nie mam żadnych podejrzeń, kto mógł zabić. Nie wiem nic o tej dziewczynie.
- Do tego aspektu wrócimy, gdy zbiorą się wszyscy zainteresowani. Tymczasem chciałbym popytać trochę z innej beczki.
Uniosła oczy ku niebu i ciężko westchnęła. Zaczekał aż zrobi jeszcze jedną rundkę po salonie i zasiądzie naprzeciwko niego. Gdy wreszcie usadowiła się na fotelu z nogą założoną na nogę, podjął dialog:
- Ciężko panią zdziwić?
Przez jej twarz przemknął cień dyplomatycznego uśmiechu.
- Szanowny panie, gdy dożyje pan mego wieku, zrozumie bezpodstawność tego pytania.
- Można jaśniej?
- Dam nie powinno się pytać o wiek, jednak ponieważ i tak się pan dowie, zdradzę, że w nadchodzącym kwartale skończę siedemdziesiąt trzy lata. To porządny kawał czasu. Dużo zdążyłam doświadczyć.
- Pozwolę sobie zauważyć, że w porównaniu z pani rówieśniczkami, jest pani ucieleśnieniem witalności i jasnego umysłu. Choć pani wiotka postura może mylić – ton jego głosu przemycał nutkę podejrzliwości.
Uśmiechnęła się śmielej i sztuczniej niż przedtem.
- Dziękuję, bardzo pan przyjemny – odparła, dolewając im obojgu herbaty.
Fosterowi zaświeciła się lampka ostrzegawcza.
- Nie macie państwo pomocy domowej? – zapytał, wskazując głową na trzymany przez rozmówczynię dzbanek.
Kobieta naprężyła się jak kuguar gotowy do ataku. Spojrzała na niego badawczo i odchrząknęła.
- Wiem, że to aż nie wypada, aby tak znamienity dom pozbawiony był służby. Proszę wybaczyć, że nie nalewa panu młoda, rumiana gosposia, tylko spróchniała starowinka…
- Ależ nie to miałem na myśli – przerwał jej. – Po prostu nie sądziłem, że utrzymuje pani rezydencję sama. Nie widziałem nie tylko gosposi, ale i kamerdynera, szofera…
W duchu dodał: „Spróchniałe starowinki dziergają sweterki i bujają się w fotelach, a nie wizytują grube ryby, mecenasują muzeom i przymierzają futra”.
- Nie utrzymuję domu sama – powiedziała szorstko. – Po powrocie z Cambridge zamierzałam zająć się szukaniem zastępstwa dla naszych poprzednich służących. Niestety, będzie to musiało poczekać. Z wiadomych powodów.
- Zastępstwa? – zainteresował się.
- Tak, zastępstwa. – Nachyliła się po filiżankę. – Czy to naprawdę ma znaczenie dla sprawy?
- Zależy, jaka kryje się za tym historia.
- Krótka i nic nie warta – rzuciła obcesowo. – Poprzedni pracownicy nie dali mi wyboru. Musiałam ich odesłać.
Foster sięgnął za pazuchę. Wyjął opasły notes o nieco nadszarpniętych rogach i pióro ze złocistą stalówką. Na korpusie finezyjną czcionką wyryta była litera F.
- Cenię profesjonalizm – rzekła z niepodobnym do siebie zmieszaniem.– Ale chyba nie będzie pan tego notował?
- Mówi pani, że nie zajmuje się posiadłością na własną rękę oraz że zamierzała rozejrzeć się za pomocą domową po powrocie od swojej kuzynki mieszkającej w Cambridge. Z tego wnioskuję, że zwolniła pani pracowników na krótko przed wyjazdem, czyli na niedługo przed zabójstwem Velmy.
Pani Lauglin poruszyła się nerwowo na fotelu.
- Co pan sugeruje?
- Że nie możemy lekceważyć żadnych faktów. Proszę powiedzieć, jak to było. Od początku.
- Niedorzeczność – powiedziała, mrużąc oczy. – Ale jak mniemam, będzie się pan upierał, aby to usłyszeć, więc nie przedłużajmy. W piątek rano…
-Nie, pani Lauglin. Prosiłem od początku.
Jej zdziwiona mina wywołała półuśmiech na twarzy detektywa. Nareszcie jakaś dezorientacja, zaintrygowanie wkradły się na posągową fizys. Szedł w dobrym kierunku.
- Będzie pani tak uprzejma i opowie mi, jak to się stało, że zatrudniła pani tych ludzi. Kiedy to było? W jakich okolicznościach? Wreszcie - kim oni byli?
Obruszyła się i otwarła usta, by odpowiedzieć, zapewne wymigująco, ale nie dał jej szansy:
- Wierzę, że pani pamięta dzień, kiedy pojawili się w domu. To może okazać się istotne. Chcę wiedzieć jak najwięcej o jak największej liczbie osób, które mogły mieć związek z denatką. Więc proszę, niech pani postara się przypomnieć sobie maksimum.
Starsza pani zapadła się głębiej w fotel. To wcale nie miała być krótka historia.
- Ten dom został wybudowany przez Lauglinów blisko sto pięćdziesiąt lat temu. Nie wiem, ile służby się przez niego przetoczyło, ale odkąd sięgam pamięcią, zajmowała się nim bardzo przyzwoita gospodyni. Kiedy jeszcze nazywałam się Fitzgerald, ale już byłam zaręczona z moim późniejszym mężem, świętej pamięci Gregorym Lauglinem, ona już tu była. Zdaję się, że miała na imię Joanne, ale wszyscy nazywali ją Annie. Nie była to zła kobieta. Bardzo pokorna, uczciwa, pracowita, do tego wzór pobożności. Gregory i jego bracia już byli kawalerami, a ona nadal czytała im pismo święte i chodziła pod rękę do kościoła!
- Po naszym ślubie moi teściowie wyprowadzili się, zostawiając nam posiadłość. Została również Annie. Gotowała, sprzątała, przyszedł czas, że niańczyła Richarda, a po nim Arnolda. Jednak lata płynęły i widać to było nie tylko po tym, jak chłopcy dorastają, ale też po tym, jak Annie się starzeje. Zresztą – nawet młódka nie poradziłaby sobie z utrzymaniem takiej rezydencji. Biznes męża się rozrastał, urządzaliśmy coraz więcej konferencji i bankietów – zawiesiła na chwilę głos, odwracając wzrok w stronę bawialni. – Broń Boże nie takich, jaki pan zastał przed godziną! Poza tym – jak pan wie, czas wszystko sunie do przodu. Samochody znalazły się na porządku dziennym, musieliśmy nająć szofera na pełny etat. Annie nie potrafiła prowadzić, a nawet gdyby, to nie mogła wozić mojego męża do miasta i w tym samym czasie gotować obiad albo odrabiać lekcje z dziećmi.
- Jeżeli mnie uważa pan za okaz zdrowia czy młodości, to ta kobieta byłaby dla pana ucieleśnieniem dziecięcego wigoru. Do osiemdziesiątego piątego roku życia okazywała się bardzo przydatna. Wykonywała większość prac domowych. Oczywiście, po drodze zatrudnialiśmy dodatkowo różne młodsze służki, lecz z czasem coraz trudniej było o dobrą najmę. Każda kolejna była równie niesubordynowana, co poprzednia. Najchętniej obarczyłabym całą odpowiedzialnością za dom Annie, ale było to niemożliwe.
- Jeszcze zanim skończyła dziewięćdziesiąt lat, jej stan zdrowia zaczął się pogarszać. Nie pracowała już dla nas, ale nie mieliśmy serca jej oddelegować. Zwłaszcza mąż darzył ją nieopisanym sentymentem. Zaproponowaliśmy zatem Annie opiekę, miała u nas wyżywienie i wygodne łóżko. Nie zgodziła się na pokrycie kosztów wizyt doktorskich i lekarstw, więc przeznaczyliśmy na to jej – bądź, co bądź godziwą - emeryturę. Była nam za wszystko równie wdzięczna, co my jej. Kiedy zorientowała się, iż nie możemy znaleźć porządnej służby, przedstawiła pewną ofertę. Otóż jej bratanek utrzymywał siebie i swoją córkę z pracy kamerdynera. Pracował u rodziny jakiegoś mecenasa. Niby wyższa półka, a jednak nie płacili zbyt dobrze.
- Annie poddała pomysł, aby państwo go najęli? – wtrącił Foster, nie odrywając się od pisania.
- Nie tylko jego, ale też jego córkę. Żona porzuciła Oswalda tuż po porodzie, zostawiając go z malutkim dzieckiem. To dziecko szybko musiało się usamodzielnić, by przejąć obowiązki matki. Nigdy nie chodziło do szkoły, toteż nie zdołało przyswoić podstawowej wiedzy ani zasad kultury – pani Lauglin powróciła do wyrafinowanego tonu. – Wierzę jednak, że ojciec zrobił, co w jego mocy, by jak najlepiej wychować Beatrice. Nie można jej było zarzucić próżniactwa ani nierozgarnięcia. Potrafiła całkiem dobrze gotować, szybko nauczyła się, jak oporządzać tak duży dom. Annie przekazała jej wiele cennych wskazówek. Były bardzo blisko. Na łożu śmierci nie chciała widzieć się z nikim oprócz córki bratanka. To była ostatnia osoba, z którą rozmawiała. Ściślej mówiąc - Annie umarła, trzymając za rękę Beatrice. Pozostałych wyprosiła z pokoju. Potraktowaliśmy to jako akt jej ostatniej woli. Wszyscy patrzyliśmy na jej śmierć, widzieliśmy, jak choroba wyniszcza porządną kobietę, ale tylko ta młoda dziewczyna była świadkiem bezpowrotnego odejścia. Miała wtedy zaledwie osiemnaście lat.
Salon wypełniła cisza. Foster milczał nie dlatego, że nie chciał rozdrażnić pani Lauglin. Nie sprawiała wrażenia przygnębionej. Przeciwnie – uderzyło go ożywienie, z jakim snuła tę opowieść. Nie było w jej głosie nostalgii ani żalu, raczej coś na rodzaj powściągniętej ekscytacji.
- Tak więc od kilku lat Oswald był naszym kamerdynerem i szoferem, a Beatrice - pomocą domową – wyrwała go z zamyślenia rozmówczyni. – Niestety, w piątek tuż przed naszym wyjazdem ich etat oficjalnie się zakończył.
- Niestety?
- Nie mogę oskarżyć ich o niedostateczne wykonywanie obowiązków. Pracowitość i solidność widać były zapisane w genach tej rodziny. Jak już powiedziałam – ciężko dziś o lojalną, dokładną służbę. Toteż jesteśmy stratni.
Foster zaczerpnął łyk wystygłej herbaty.
- Zatem, dlaczego pani ich zwolniła?
Pani Lauglin uśmiechnęła się szelmowsko.
- To, co teraz powiem, może pan uznać za nie lada kąsek. Proszę mi jednak wierzyć – nic bardziej mylnego. Pospolita prowokacja.
Detektyw ściągnął brwi i przyłożył pióro do kartki, sygnalizując swoje zainteresowanie.
- Oswald to dobry człowiek. Mężczyzna po pięćdziesiątce ze sporym bagażem doświadczeń. Bardzo zdyscyplinowany, spokojny, idealny pracownik! Szkoda, że miłość jest ślepa, a jej owocem stała się w połowie pokorna po ojcu, a w połowie rozwichrzona po matce Beatrice. Te dziewczynę natura obdarzyła trudnym charakterem. Sumeinna, gorliwa, ale butna i konfliktowa. Mieliśmy z nią już wcześniej drobne problemy, lecz zawsze udawało się je zażegnać i wytłumaczyć hardością wieku dojrzewania. Tym razem panna pozwoliła sobie na zbyt wiele, za luźno popuściła wodze wyobraźni.
- Będzie pani tak miła i udzieli mi jakichś detali?
- Naturalnie. Otóż Beatrice Cook zarzuciła mi, iż próbowałam nakłonić ja do zamordowania mej synowej.
Foster nie dokończył zdania. Uniósł oczy znad notesu. Patrzył na zimną, dumną twarz starszej kobiety, budzącej w nim swoisty niepokój.
- To ciekawe… - powiedział bardziej do siebie niż do niej.
- Niekoniecznie. Wyjaśnię to panu bardzo dosadnie: Velma wywodziła się z podobnej klasy społecznej, co Beatrice, z tym, że była jeszcze bardziej… o wiele bardziej zuchwała i krnąbrna! Ta nigdy nie pracowała, obracała się w łajdackim towarzystwie, nie żywiła szacunku tak do siebie, jak i do nikogo innego. Mimo to powiodło się jej w życiu lepiej. Miała po prostu więcej szczęścia, trafiła jej się jedna karta na milion. Sprytnie wykorzystała bezmyślność mego syna… ale nie o tym teraz. Brnę do tego, iż Beatrice nie mogła się pogodzić z praniem ubrań, przewijaniem pościeli czy nakładaniem na talerz większej wieśniaczce od siebie. Nawet niespecjalnie to ukrywała!
- Rozumiem, jednak jaki cel miałaby we wrabianiu pani w intrygę? – zapytał zniecierpliwiony Foster.
- Nie miałam czasu, aby się nad tym zastanawiać – zawiesiła głos, a jej wzrok powędrował w kierunku sufitu, jakby zamierzała oddać się dłuższej kontemplacji. – Tak sobie jednak myślę – kontynuowała – że może to miała być tylko kostka w dominie? Może głęboko zakorzeniona i intensywnie pielęgnowana nienawiść rozrosła się do tego stopnia, iż chciała zrujnować już nie tylko Velmę, ale i całą naszą rodzinę? Zdaje pan sobie sprawę z rangi skandalu, jaki mógł zostać wywołany przez te perfidną, bzdurną obrazę?
- Owszem – odparł. – Mógł zostać, ale nie został wywołany. Szybko pani zainterweniowała.
- Uznam to za pochlebstwo. Jedna – wybaczy pan wyrażenie – ladacznica wkroczyła z butami w nasze życie i wywróciła je do góry nogami. Nie mogłam pozwolić, aby inna zrobiła to samo! Kardynalnym celem matki jest ochrona gniazda, panie Foster.
- Zareagowała pani natychmiast?
- A na co miałam, pana zdaniem, czekać? – spytała podniesionym tonem. – Jak tylko usłyszałam, co ta wieśniaczka rozpowiada, kazałam jej i jej ojcu się spakować. Było mi szkoda Oswalda, ale nie miałam innego wyjścia. Granice wszelkiej tolerancji zostały przekroczone i to nie o krok!
Detektyw skrupulatnie spisał ostatnie zdania pani Lauglin, po czym schował notes i pióro, wziął jeszcze łyk zimnej herbaty i podniósł się z fotela. Podszedł do okna. Przez ażurowe wycięcia firanki przedzierały się nieśmiało pierwsze promienie wschodzącego zza wzgórza słońca. Jego uszu dobiegł cichutki trel skowronka, usadowionego najpewniej na którymś z sadowych drzew. Nastawał rześki, kwietniowy świt. Na dworze robiło się jaśniej. Gdyby równie przyjemną jasność niebiosa zechciały rzucić na sprawę Velmy Neal…
- Nic pan nie odpowiedział? – usłyszał za sobą głos pani Lauglin. – O czym pan myśli?
Potrzymał ją jeszcze moment w niepewności, po czym odrzekł:
- Zdziwiły panią oskarżenia Beatrice?
Wstawszy, staruszka związała ręce na piersiach i przybrała oskarżycielską pozę.
- Co pan znowu z tym zdziwieniem? Oczywiście, że tak. Wielu rzeczy mogłam się z jej ust spodziewać, ale nie takich oskarżeń!
- Przyzna pani – dość niefortunnych.
- Kłamstwa bywają niefortunne.
Oderwał się od firanki, by odwrócić w stronę rozmówczyni zgodnie z obowiązującymi manierami.
- A bankiet urządzony przez Ruby panią zdziwił, pani Lauglin?
- Bankiet! – prychnęła. – Przesadzone określenie, nie uważa pan?
- Popijawa panią zaskoczyła, pani Lauglin?
Nonszalancki uśmiech ustąpił miejsca na jej twarzy srogiej minie. Znów była groźną, agresywną wojowniczką uwięzioną w pomarszczonym, chudym ciele dystyngowanej damy. Gdy tak na niego patrzyła, uzmysłowił sobie, że wcale nie jest mu trudno wyobrazić ja sobie w roli mordercy.
- A jak pan myśli? Gdybym miała świadomość, co się tutaj dzieje, wróciłabym wcześniej. A już na pewno nie przyjęłabym pana…
- Dostrzegam spore rozbieżności między tymi dwoma aktami zaskoczenia.
- Słucham?
- Proszę nie odbierać tego personalnie. Na tym polega mój fach. Gdy Beatrice panią oczerniła zainterweniowała pani nie lada gwałtownie, jak wynika z pani opowieści. Natomiast, kiedy przybyliśmy tutaj razem, okazała się pani być oazą spokoju, wzorem…
- Wypraszam sobie jakiekolwiek insynuacje, panie Foster. Popełnia pan kolosalny błąd, snując takowe wnioski.
- Nie wie pani, jakie wnioski snuję.
Zrobiła krok do przodu, odrzucając prawą rękę w tył. Ledwo zarejestrował ten ruch, staruszka zatrzymała się jak zmrożona.
- Matko, panie Foster. – W drzwiach ukazała się postać Arnolda. – Myślę, że Ruby jest gotowa by rozmawiać. Możemy zaczynać.
Nikt nic nie powiedział. Foster rzucał przenikliwe spojrzenia to na panią Lauglin, to na Arnolda.
- Zacznijcie bez mnie – zakomunikowała wreszcie. – Muszę się położyć. W moim wieku winno się przestrzegać wytycznych lekarza dotyczących snu. A tego miałam dzisiejszej nocy zdecydowanie za mało.